Patrzeć sercem

Rozmowa z Anną Kursa, pielęgniarką pracującą na Izbie Przyjęć Oddziału Chorób Wewnętrznych oraz Chemioterapii Onkologicznej w jednym z katowickich szpitali.

zdjęcie: www.pixabay.com

Aneta Idczak

2019-04-11

Rozmawiamy o pacjentach, pielęgniarstwie i o tym, że we wzajemnych relacjach pacjent – personel medyczny, warto otworzyć serce, innej drogi do porozumienia i dobrych relacji po prostu nie ma.

- Aneta Idczak: Dlaczego zdecydowałaś się zostać pielęgniarką, czy od dziecka marzyłaś o takim właśnie zawodzie?

- Anna Kursa: Nie. Nie od dziecka. Zdecydowała o tym chyba choroba mamy, jej stan zdrowia często wymagał opieki, zresztą do tej pory tego wymaga, dlatego wybrałam pielęgniarstwo.

Teraz jak o tym myślę, to wiem też, że takie było moje powołanie, że to Bóg chciał, żebym pracowała przy chorych, w szpitalu.

- Czy to jest  trudny zawód?

- Bardzo trudny. Pierwsza trudność to fizyczność kobiety, zaburzenia snu będące rezultatem pracy w nocy rodzą problemy hormonalne, poza tym pielęgniarki często zmagają się z dolegliwościami układu kostno-stawowego, co ma związek z podnoszeniem pacjentów, towarzyszeniem w intymnych momentach, takich jak np. zmiana pampersa, zmiana odzieży, przetaczanie krwi.  Dochodzi jeszcze problem psychiki, o której nie sposób zapomnieć: kontakt z chorymi niesie także wiele sytuacji, w których nasza psychika poddawana jest rozmaitym stresom, towarzyszenie chorym w ich ostatnich chwilach życia z jednej strony jest piękne, ale z drugiej pozostawia mocny ślad.

- To wszystko na pewno odbija się na życiu  rodzinnym?

- To kolejna trudność tego zawodu. My pielęgniarki mamy nieustannie zajęty swój czas, nie dość, że pracujemy, to ciągle musimy się doszkalać, odbywać rozmaite kursy, np. kurs z przetaczania krwi czy wykonywania EKG, obecnie także studiuję, został mi jeszcze rok nauki i napisanie pracy dyplomowej. To wszystko kosztem czasu dla rodziny, co oczywiście nie pozostaje bez znaczenia dla łączących nas relacji. Idziesz do pracy albo na studia albo na studia i do pracy.

- Jakie cechy charakteru trzeba posiadać, żeby zostać dobrą pielęgniarką?

- Myślę, że najważniejszą cechą jest umiejętność patrzenia  sercem na drugiego człowieka. Na pewno ważna jest łagodność, cierpliwość, a to jest bardzo trudne w obecnych czasach. Trudno też jest sprostać wymaganiom, jakie stawia nam system, jakie stawia chory i jakie stawiają nasze rodziny, i jakie jeszcze stawiamy my same, przecież wiadomo – z kobietą nigdy nie jest łatwo (śmiech).

Wstajemy rano i hormony zaczynają pracować, a nie daj Boże, że jesteśmy po nocce, której jeszcze nie odespałyśmy, a tu problemy pukają do drzwi i w domu, i w pracy.

Czasem idziemy do pracy pokłócone z mężem, przygnębione kłopotami z  dorastającymi dziećmi, przeżywamy problemy finansowe, to wszystko jest w nas pielęgniarkach. Poza tym zawsze chcemy być piękne i ładne, a nie zawsze nam to wychodzi (śmiech).

Potrzebujemy być wypoczęte i spokojne, żeby iść do pacjenta, gdy on to widzi, to często się tym samym odwdzięcza.

- Jacy są pacjenci, z którymi się spotykasz w pracy?

- Oj, różni są pacjenci. Są na przykład przewlekle chorzy, których dotyka cierpienie, ale znaleźli sens tego cierpienia i są pozytywnie nastawieni, często jeszcze pomagają innym.

Kolejna grupa pacjentów to osoby samotne, uciekające w chorobę. Obecnie pracuję na Izbie Przyjęć i mamy dużo takich pacjentów, wracają do nas jak bumerang. Dobrze wiedzą, co trzeba powiedzieć, żeby pogotowie przyjechało, a tak naprawdę nie ma się nimi kto zająć, a boją się nocy. To na ogół są osoby starsze, samotne.

Dużo jest takich pozytywnych pacjentów, którym coś dolega i naprawdę potrzebują pomocy i gdy  ta pomoc zostanie im udzielona, potrafią powiedzieć „dziękuję”, co w dzisiejszych czasach nie tak często słychać.

- Czyli z pacjentami nie jest tak źle?

- Nie do końca, bo najczęściej jednak spotykamy pacjenta pretensjonalnego, który płaci składki i wymaga, często na pielęgniarce wyładowuje swoją frustrację i niezadowolenie, potem jak wchodzi lekarz, to już schodzi ciśnienie, a na twarzy pojawia się uśmiech.

Tacy chorzy niejednokrotnie pielęgniarce mówią o wszystkich swoich dolegliwościach a przy lekarzu udają, że wszystko dobrze z ich zdrowiem, jakby bali się wypowiedzieć te swoje choroby i dolegliwości.

Trudną grupą są też chorzy, którzy dopiero co dowiedzieli się o ciężkiej chorobie. To często są młode kobiety po mastektomii czy młodzi mężczyźni z rakiem jądra. Na moim oddziale onkologicznym nieustannie spotykam takie osoby – muszą one na nowo poukładać swój świat. Jeśli mają oparcie w bliskich, są osobami wierzącymi, to jest im zdecydowanie łatwiej to uczynić. Dużą rolę odgrywają tu kapelani szpitalni.

- Pielęgniarki chyba też mają w tym swój udział?

- Ostatnio słyszałam słowa pani dr Wandy Półtawskiej, którą ogromnie cenię. Powiedziała, że uwielbia pielęgniarki, wiadomo, Bóg leczy rękami lekarzy, ale to pielęgniarki są cały czas przy chorym. I myślę, że tak właśnie jest, lekarze odgrywają ogromnie istotną rolę, ale w kwestii pielęgnacji i bycia przy  pacjencie to spełniamy  naprawdę ważne zadanie.

- Co trzeba zrobić, żeby być dobrym pacjentem, jak wspomóc pracę personelu medycznego?

- Najważniejsze jest chyba zaufanie, pacjent, który jest niedoinformowany i który się boi, trudno przechodzi terapię. Ważną rolę w byciu pacjentem na pewno powinna odgrywać cierpliwość. Jednak najważniejsze jest patrzenie sercem na innych, i dotyczy to zarówno lekarza, jak i chorego. Jeżeli będziemy dobrzy dla drugiego człowieka, to on tym samym się odpłaci.

Jest jeszcze jedna istotna rzecz: trzeba słuchać tego, co mówi lekarz. W dzisiejszych czasach wszyscy się leczą u wujka Google, to jest nagminne, że Internet i rozmaite fora są bardziej brane pod uwagę niż prawdziwy lekarz. Znak naszych czasów.

- Czy obecny system panujący w służbie zdrowie pomaga czy przeszkadza w relacji pacjenta z lekarzem?

- Zdecydowanie przeszkadza, wiele czasu tracimy na wypełnianie dokumentacji, dla pacjenta tego czasu pozostaje naprawdę niedużo. Najczęściej pacjenta poimy, karmimy, przewijamy, a idziemy do niego albo jak zawoła, albo jak jest możliwość podejścia, a to zależy od specyfiki oddziału. Poza tym jest nas pielęgniarek stanowczo za mało w stosunku do potrzeb. Gdy zaczynałam moją pierwszą pracę, to na pięciu leżących pacjentów przypadały cztery pielęgniarki, ale jak ją kończyłam to na pięciu leżących była już tylko jedna pielęgniarka. Chyba to wszystko zmierza w nieodpowiednią stronę.

Jest jeszcze inna rzecz, która szkodzi wzajemnym relacjom lekarza i pacjenta: to niespotykana aktywność kancelarii prawniczych, które nachalnie namawiają chorych do wytaczania spraw sądowych lekarzom, głównie z nieprzestrzegania karty praw pacjenta, chodzi o nieprzestrzeganie godności i intymności chorego.

Praca staje się niebezpieczna i trzeba bardzo uważać na każdym kroku, ostatnio np. pacjent nagrywał na telefon komórkowy podanie przeze mnie leku do wenflonu.

Naprawdę trzeba bardzo uważać, poza tym zdarza się, że jako pielęgniarki pracujemy na kilku etatach, pielęgniarki na kontrakcie pracują nawet 36 godzin, by skleić budżet rodzinny, wiele pielęgniarek samotnie wychowuje dzieci, nasza praca nie sprzyja związkom i rodzinie.

- Czy któryś z pacjentów, z którymi się zetknęłaś, szczególnie zapadł ci w pamięć?

- Tak, mam pacjenta, którego nigdy nie zapomnę. Został przywieziony z ropowicą podskórną, bez nóg, leżał gdzieś na śmietniku, on był taki zły, ciągle robił nam na złość, wszystko wyrzucał, nieustannie domagał się picia, a nie miał mu kto podać. Pamiętam, jak chyba po raz pięćdziesiąty wołał, żebym do niego przyszła. W pewnym momencie zamknęłam te drzwi, bo miałam już dość. Biegałam do niego co pięć minut, ciągle na mnie krzyczał, jego wrzaski budziły innych chorych, więc mówię sobie: nie idę. Nagle pojawiła się u mnie myśl: Panie Jezu, Tobie na krzyżu też nie dali tego picia, no jak ja mogę mu nie dać pić… Poszłam, dałam mu się napić i to było jego pierwsze „dziękuję”, jakie usłyszałam. Uśmiechnął się, to były takie moje rekolekcje.

Pamiętam doskonale także innego pacjenta, również bardzo trudnego: krzyczał, wyrywał sobie wenflony, przeklinał, rzucał wszystkim. Był umierający. Pamiętam, jak na nocnym dyżurze przeszłam z nim trudną rozmowę, opowiedział mi wtedy, że od szkoły podstawowej nie przyjmował Komunii, a miał ok. 60 lat. Zaproponowałam rozmowę z kapłanem, ale bardzo się buntował i wzbraniał przed tym. Rano skończyłam dyżur, przyszła nowa zmiana, i wtedy ten chory poprosił o wezwanie księdza. Wyspowiadał się, tego samego dnia trafił na Erkę kardiologiczną, żył jeszcze 5 dni. Każdego dnia przyjmował Pana Jezusa i z uśmiechem mówił „dziękuję”. Wystarczy czasem pokazać choremu, że jest inna droga, to właśnie jest miłosierdzie.

- Trzeba naprawdę wiele cierpliwości, żeby pracować w tym zawodzie?

- Myślę, że trzeba zadać sobie pytanie podstawowe: czy chciałabym, żeby moi bliscy, albo żebym  ja sama w taki sposób została potraktowana, w jaki ja traktuję chorych.

Gdy jestem zmęczona, mówię sobie: co z tego, ten człowiek cię potrzebuje, nawet jak spotyka mnie krzyk i niemiłe traktowanie, najważniejszy tak naprawdę jest ten chory.

Poza tym często słyszę od naprawdę chorych pacjentów, którzy leżą: „siostro, nie potrafię się modlić, zawsze modliłam się na różańcu, a teraz nie potrafię nawet dziesiątki”. Wtedy odpowiadam, że naszą modlitwą jest patrzenie na krzyż, dziś nie trzeba odmawiać dziesiątki, odmówimy ją jutro, i potem słyszę: „siostro, udało się”.

- Czy masz jakieś wzorce, do których nieustannie wracasz, pracując z pacjentami ?

- Oczywiście, dobrą lekcję otrzymałam od pani Eli, pielęgniarki koordynującej, gdy pracowałam na Erce kardiologicznej, widziałam, jak ona podchodzi całościowo do pacjenta, nie tylko do jego choroby, ale także do jego stanu emocjonalnego, który aktualnie ten chory przechodził, naprawdę jej chorzy czuli się dobrze zaopiekowani, ogarnięci jej sercem.

Myślę, że każda pielęgniarka ma w sobie coś takiego, czego można by się od niej nauczyć.

- Co powiedziałabyś młodym osobom, które myślą o tym zawodzie?

- Ktoś, kto liczy na duże dochody, to niestety się przeliczy. Trzeba umieć rezygnować ze swoich potrzeb na rzecz potrzeb innych, i to nawet w tak prozaicznych rzeczach, jak potrzeby fizjologiczne. Z dziewczynami się śmiejemy, po czym poznać na autopsji, że dana osoba była pielęgniarką: po pojemnym pęcherzu (śmiech). Czasem jest tyle obowiązków, wypełniania dokumentów, że nie ma czasu na pójście do toalety, bo coś dzieje się z pacjentem i to jest najważniejsze. Poza tym ktoś, kto w życiu nie kieruje się przykazaniem miłości, nie powinien wcale myśleć o zawodzie medycznym, jakimkolwiek, nie tylko o pielęgniarstwie.

- Dziękuję za rozmowę.

Autorzy tekstów, Idczak Aneta, Polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
31 1 2 3 4 5 6
8 9 10 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Dzisiaj: 24.04.2019