Miłość na migi

Kiedy Jadwiga i Franciszek u początku nowego, wspólnego życia, zapadają na pozornie niegroźną chorobę, nie wiedzą jeszcze, że będzie to dla nich początek czegoś naprawdę NOWEGO.

zdjęcie: canstockphoto.pl

Renata Katarzyna Cogiel

2018-09-25

Ciepłe wrześniowe popołudnie. Słońce przebijając się przez gęste jeszcze drzewa, rzuca na ziemię kolorowe wstążki światła. Pusta droga na skraju miasta, a wzdłuż niej równy rząd podobnych do siebie domków jednorodzinnych. Trudno mi odnaleźć ten właściwy. Wreszcie trafiam na tabliczkę ze znajomo brzmiącym nazwiskiem, otwieram furtkę i po chwili jestem w pięknym ogrodzie. Przed wejściem do domu czeka już na mnie Klara, podaje rękę na powitanie i zaprasza do środka. W przestronnym salonie siedzą rodzice Klary – pani Jadwiga i pan Franciszek – bohaterowie tej opowieści.

Jadwiga i Franciszek Winklerowie pobierają się w marcu 1977 roku. Ona – jedynaczka, pracująca w Biurze Projektów. On – najmłodszy z ósemki rodzeństwa, z wykształcenia i zamiłowania inżynier budowlaniec. Oboje całkowicie zdrowi i bardzo szczęśliwi. Krótko po ślubie – niemalże równocześnie – chorują na płonicę (szkarlatynę). Po miesiącach dotkliwego bólu i w wyniku licznych powikłań po chorobie tracą słuch i mowę… W tym miejscu rozpoczyna się zupełnie inna historia. Ta właściwa. Bardzo trudna i piękna zarazem. „Opowiedzą” ją we trójkę: mama Jadwiga, tata Franciszek i córka Klara. Klara bierze na siebie rolę tłumacza. Już w dzieciństwie nauczyła się języka migowego. Dzięki tej umiejętności może teraz przekazać dokładnie to, co chcą powiedzieć jej głuchoniemi rodzice.

Kiedy Jadwiga i Franciszek u początku nowego, wspólnego życia, zapadają na pozornie niegroźną chorobę, nie wiedzą jeszcze, że będzie to dla nich początek czegoś naprawdę NOWEGO.

Klara rodzi się we wrześniu 1981 roku. Na porodówce doświadczyłam pierwszego matczynego bólu – mówi pani Jadwiga. I nie chodzi mi wcale o ból fizyczny. Najbardziej bolało mnie to, że nie jestem w stanie usłyszeć płaczu mojej córeczki. Przestaliśmy z mężem słyszeć i mówić dwa lata przed jej przyjściem na świat. Pan Franciszek ogarnia żonę ramieniem i dodaje: Nie było wiadomo, czy nasze dziecko urodzi się zdrowe. Istniało duże ryzyko, że podobnie jak my, będzie głuchonieme. Lekarze dawali tylko 30% szans na prawidłowy rozwój płodu. My jednak bardzo pragnęliśmy dziecka. Postanowiliśmy, że przyjmiemy je i pokochamy bez względu na stan jego zdrowia. Cały czas patrzę na swoich rozmówców. Podziwiam harmonię, która bije z kreślonych w powietrzu znaków. To niesamowite, ile można przekazać samym tylko gestem. Nie odrywam też oczu od Klary, która z niezwykłą precyzją i starannością „przekłada” ciszę na dźwięk.

Pani Jadwiga opowiada dalej: Kiedy okazało się, że Klara urodziła się zdrowa, byliśmy bardzo szczęśliwi. Mieliśmy świadomość, że wychowanie córki nie będzie łatwe, że będziemy potrzebowali pomocy innych – słyszących i mówiących ludzi. Na szczęście od samego początku mogliśmy liczyć na pomoc najbliższych. Po chwili pan Franciszek tłumaczy: Chcieliśmy wychować naszą córkę w taki sposób, by mogła być dla nas konkretną pomocą w przyszłości. Bardzo wcześnie, bo w wieku 3 lat, Klara zaczęła naukę języka migowego. Równolegle komunikowała się z otoczeniem w normalny sposób, jak każde zdrowe dziecko. Dobrze wiemy, że nie było jej łatwo. Na te słowa taty, Klara reaguje szerokim uśmiechem. Nieśmiało wyjaśnia: Faktycznie nie było to łatwe, bo musiałam dorosnąć szybciej niż większość moich rówieśników. Nigdy jednak nie traktowałam tej sytuacji jako czegoś, co mnie ogranicza albo coś mi odbiera. Nie miałam problemu z zaakceptowaniem moich rodziców i ich niepełnosprawności. Od zawsze było to dla mnie absolutnie normalne. W tym momencie Klara podpowiada mi, że rodzice – zwłaszcza tata – mieli zupełnie inne doświadczenia w tym względzie. Inne. Bolesne.

Kiedy pobieraliśmy się z Jadzią, miałem wszystko dokładnie zaplanowane. Jestem w końcu inżynierem i wiem, że dobry plan to podstawa. Oboje pracowaliśmy, nie musieliśmy się martwić także o to, gdzie będziemy mieszkać, bo moi rodzice podarowali nam w prezencie ślubnym połowę tego domu. Wszystko układało się po naszej myśli. Tymczasem, zupełnie nieoczekiwanie dotknęła nas choroba, a w jej następstwie poważna niepełnosprawność. Wówczas był to dla mnie koniec świata. Wściekłem się nie na żarty. Na siebie, na życie, na Boga. Miałem wszystkiego dosyć – straciłem grunt pod nogami. Tym razem to pani Jadwiga czule obejmuje męża. Nie zamierza mu przerywać. Delikatnie głaszcze go po ramieniu i ruchem ręki zachęca, by mówił dalej. Nie podobało mi się, że w tak młodym wieku muszę martwić się własnym zdrowiem. Miałem ambicję bycia głową rodziny, a zostałem inwalidą I grupy. Chciałem opiekować się najbliższymi i dawać im oparcie, a znalazłem się w sytuacji, w której sam potrzebowałem pomocy. To nie było komfortowe położenie. Pani Jadwiga tłumaczy, że utrata słuchu i mowy była dla nich ciężką próbą: Muszę uczciwie przyznać, że mocno obwinialiśmy Boga o to, co nas spotkało. Dzisiaj, z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że przeżyliśmy wówczas najpoważniejszy jak dotąd kryzys wiary. Ale wiem też, że ten czas był nam potrzebny. Te trudne wydarzenia ostatecznie zbliżyły nas do Boga i do siebie nawzajem. Kiedy wydawało nam się, że tkwimy na samym dnie rozpaczy, pewien mądry kapłan podczas kolędy zaprosił nas na spotkanie modlitewne w parafii. Do niczego nie namawiał, nie agitował. Podał terminy spotkań, nic więcej. Ale właśnie to „nic więcej” było dla nas prawdziwym ratunkiem. Nie czuliśmy się do niczego przymuszeni i być może dlatego któregoś wieczoru poszliśmy na modlitwę… W tym momencie pan Franciszek dopomina się, że opowie ciąg dalszy: Okazało się, że jest to modlitwa o uzdrowienie. Wówczas niewiele nam to mówiło. Brzmiało to jak jakieś czary-mary. Bóg ma jednak sposoby, by przyprowadzić człowieka do Siebie. Nas również konsekwentnie pociągał ku Sobie. Jak widać, nie zostaliśmy uzdrowieni z naszej niepełnosprawności. Wciąż jesteśmy głuchoniemi. Bóg sprawił natomiast, że przestaliśmy być głusi na Jego miłość. Zaczęliśmy odkrywać nieznaną nam dotąd głębię wiary i doświadczać bliskiej więzi z Jezusem. On uzdrowił w nas wszystkie pretensje i żale. Zabrał ból niespełnionych ambicji i planów. Dotknął wszystkiego, co uznawaliśmy za krzywdę i niesprawiedliwość. Łagodnie wszedł w nasze małżeństwo, w naszą niepełnosprawność, w nasze życie…

Pani Jadwiga proponuje, abyśmy przenieśli się do ogrodu. Wszyscy chętnie przystajemy na tę propozycję, bo szkoda byłoby w tak piękne popołudnie chować się w czterech ścianach. Kiedy siadamy na wielkiej ogrodowej huśtawce, dołącza do nas Merlin – biały, włochaty kundel z postrzępionymi uszami. Po kolei wszystkich oblizuje, potem spokojnie kładzie się na trawie. Po krótkiej chwili oddechu niecierpliwie oczekuję na dalszy ciąg opowieści. Pałeczkę przejmuje Klara. „Migające” w powietrzu ręce małżonków mogą wreszcie odpocząć. Od ponad trzydziestu lat obserwuję miłość moich rodziców. Tego, co widziałam przez te lata, nie da się opowiedzieć słowami. Rodzice bardzo się szanują i troszczą o siebie. Tata każdego ranka całuje mamę w rękę, a mama sprawdza z kolei, czy on założył wystarczająco ciepły sweter. Tata rezerwuje dla siebie noszenie ciężkich siatek z zakupami, a mama skwapliwie pilnuje, żeby tata zjadł na kolacje kanapkę „z czymś zielonym”. Nie mogą szeptać sobie czułych słówek do ucha, ale w ich oczach widać miłość. Oni nie potrzebują słów, żeby się dogadać. Nie przestaję się dziwić, jak to możliwe. To bez wątpienia rodzaj jakiegoś porozumienia serc. Rodzice Klary czytają z ruchu warg. Dobrze wiedzą, że o nich rozmawiamy. Nagle wtrąca się pan Franciszek: Dostałem na Chrzcie piękne imię – Franciszek. Kiedy miałem 14 lat, postanowiłem, że moją żoną musi zostać kobieta o imieniu Klara. Zawsze podziwiałem czyste i piękne uczucie Świętych z Asyżu i marzyło mi się, aby własnym życiem jakoś nawiązać do Ich historii. Długo szukałem. W liceum trafiła się nawet taka jedna, chodziła do równoległej klasy. Bardzo się starałem o jej względy, ale ona nie zwracała na mnie uwagi. Tylko raz dała się zaprosić na ciastko i do kina. Potem omijała mnie szerokim łukiem. Dzisiaj jestem losowi wdzięczny, że ta Klara mnie nie chciała. Po latach spotkałem moją Jadzię i od razu wiedziałem, że to ta jedyna. Na te wyznania żywiołowo reaguje pani Jadwiga: Ale jeszcze przed ślubem postawiłeś warunek, że jak kiedyś urodzi się nam córka, to będzie nosiła imię Klara. Jak widać, dopiąłeś swego!

Chłonę atmosferę tego domu. Dobrze jest znaleźć się wśród życzliwych ludzi. Kolejny raz przekonuję się, że można wszystko powiedzieć i wszystko usłyszeć samym tylko sercem.

Autorzy tekstów, Cogiel Renata Katarzyna, Polecane

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
30 1 2 3 4 6
7 8 9 10 11
14 15 16 17 18 19 20
22 24 25 26 27
28 29 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
Dzisiaj: 15.10.2018