Słowo – najważniejsze narzędzie ludzkiej komunikacji

O wielkiej sile ludzkich słów, o kulturze wypowiedzi oraz o tym, czy język medyczny powinien budzić w nas lęk opowiada ks. prof. dr hab. Wiesław Przyczyna.

Ks. prof. dr hab. Wiesław Przyczyna

zdjęcie: Archiwum prywatne

Rozmawiała: s.M. Aleksandra Leki CSSE

2018-05-07

S.M. ALEKSANDRA LEKI: – Księże Profesorze, pro­szę przedstawić się naszym Czytelnikom.

KS. WIESŁAW PRZYCZYNA: – Żeby wyjaśnić powód naszego spotkania, wystarczy powiedzieć, że jestem członkiem Pre­zydium Rady Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk, członkiem Zespołu Języka Medycznego Rady Języka Pol­skiego i prowadzę zajęcia z komunika­cji lekarz – pacjent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Jestem też kierownikiem Katedry Komunikacji Re­ligijnej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.

– Jest Ksiądz Profesor także teologiem. Tymczasem patrząc na zainteresowa­nia naukowe Księdza Profesora, można zauważyć, że dużo z nich ma związek z językiem polskim. Skąd ta wrażliwość na słowo, skąd to zainteresowanie językiem?

– Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie koleżanka językoznawczyni z UJ i w trakcie rozmowy powiedziała: „Zo­bacz, ile ty nam, językoznawcom, za­wdzięczasz. Obudziliśmy w tobie za­miłowanie do języka polskiego”. I miała rację. Bo rzeczywiście, przebywanie w gronie językoznawców obudziło we mnie to zamiłowanie. Na początku nie było mi łatwo. Nie skończyłem bowiem studiów językoznawczych. Z czasem jednak ten brak stawał się coraz mniej uciążliwy. Do dziś pamiętam, jak pierw­szy raz pojechałem na posiedzenie Rady Języka Polskiego. Były tam takie sławy, jak: prof. Jerzy Bralczyk, prof. Jan Mio­dek, prof. Walery Pisarek, prof. Irena Bajerowa, prof. Jadwiga Puzynina. Ba­łem się odezwać w obawie, że popełnię jakiś błąd. Ale później zobaczyłem, że im też zdarzają się błędy, wprawdzie drobne, ale jednak. Dziś jestem prze­wodniczącym Zespołu Języka Religij­nego Rady Języka Polskiego. Kieruję ponadto Komisją Języka Religijnego przy Międzynarodowym Komitecie Slawistów, zrzeszającą uczonych z całej Europy.

– Czym dla Księdza Profesora jest słowo?

– Słowo jest formą uzewnętrznienia siebie, ekspresją własnego wnętrza – to po pierwsze. Po drugie, słowo najpre­cyzyjniej i najwierniej odzwierciedla otaczającą nas rzeczywistość. Po trzecie, słowo ma moc tworzenia tego, co ozna­cza. I po czwarte, słowo jest najważ­niejszym narzędziem międzyludzkiej komunikacji.

– Kiedy rozmawiamy z drugim człowie­kiem, to często posługujemy się przeka­zem niewerbalnym, czyli bez słów: gesta­mi, mimiką twarzy, postawą ciała. Jednak słowo jest ważne i potrzebne. Jak Ksiądz Profesor myśli, dlaczego do porozumienia się potrzebujemy słowa?

– Tylko słowo jest w stanie najpeł­niej wyrazić nasze myśli, pragnienia i emocje. Tego nie zrobią gesty, mimi­ka twarzy ani postawa ciała. Przekaz niewerbalny może jedynie wypowiadane przez nas słowa wspierać, uzupełniać, uwyraźniać, ale nigdy ich nie zastąpi.

– Ksiądz Profesor prowadzi zajęcia z komunikacji lekarz – pacjent. Skąd taki pomysł?

– Jest to pomysł prof. Jana Doro­szewskiego, syna nieżyjącego już wy­bitnego językoznawcy prof. Witolda Doroszewskiego. Na jednym z posie­dzeń Rady Języka Polskiego zapropono­wał on utworzenie komisji zajmującej się językiem medycznym. Rada wniosek przyjęła i powołała do życia Komisję Języka Medycznego, dziś nazywaną Ze­społem Języka Medycznego. Komisja ta postawiła sobie za cel między innymi wprowadzenie na uczelnie medyczne w Polsce zajęć z komunikacji lekarz – pacjent. Organizatorzy tych zajęć uznali, że dobrze byłoby, aby oprócz różnych specjalistów prowadzących zajęcia był tam ksiądz. I tak znalazłem się jako wykładowca na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

– Jak wyglądają zajęcia ze studentami?

– Zajęcia noszą tytuł „Rola prawdy w komunikacji lekarz – pacjent”. Prowa­dzimy je w trójkę: etyk, lekarz i ksiądz. Każdy z nas ma na swoje wystąpienie pół godziny. Potem jest czas na dyskusję i stawianie pytań. Zaletą tych zajęć jest to, że prowadzimy je wspólnie i razem odpowiadamy na pytania. W naszych odpowiedziach jesteśmy na ogół zgod­ni, mimo różnic światopoglądowych. Pamiętam, jak kiedyś mówiłem o tym, że nie umiera się bezsensownie. Każ­dy stara się jakoś uzasadnić swoje od­chodzenie. Jedni uważają, że tak czy tak, kiedyś trzeba umrzeć. Inni swoje odejście tłumaczą tym, że w tym ży­ciu zrobili to, co zrobić mieli, i już do zrobienia nic więcej nie mają. Jeszcze inni mają nadzieję, że idą do lepszego świata, w którym nie będzie już cier­pienia i smutku. Studenci uważali, że tak nie jest. Wtedy obecny na sali etyk, zdeklarowany agnostyk, powiedział: „Ksiądz profesor ma rację. Też uwa­żam, że nie umieramy bezsensownie, że ludzie nadają sens swojemu od­chodzeniu”. I te słowa ich przekonały, może dlatego, że usłyszeli je nie od księdza, lecz od osoby świeckiej.

– Z czym studenci medycyny mają naj­więcej problemów?

– Mają ich wiele. Chciałbym zwrócić uwagę na niektóre z nich, te związane z językiem. Odnoszę wra­żenie, że studenci koncentrują się na kształceniu medycznym, a zbyt małą wagę przywiązują do kształcenia języ­kowego. Tymczasem w praktyce, gdy lekarz zdiagnozuje pacjenta, na scenę wkracza język. Lekarz, wybrawszy – jego zdaniem – optymalne narzędzia i sposoby leczenia, musi o nich za po­mocą odpowiednich narzędzi języko­wych poinformować pacjenta. Każdą informację można przekazać na wiele różnych sposobów. Codziennie doko­nujemy setek tego typu wyborów. Co­kolwiek mówimy, intuicyjnie wybieramy najodpowiedniejsze – naszym zdaniem – środki. Problem polega jednak na tym, że w przypadku relacji lekarz – pacjent dobór słów ma o wiele większe znacze­nie niż w większości innych sytuacji komunikacyjnych. Dlatego kształcenie językowe na uczelniach medycznych jest tak ważne.

Inny problem, który zauważam u studentów medycyny, to brak świa­domości, że język odzwierciedla nasz sposób postrzegania świata. Ukazuje też nasze widzenie drugiego człowieka – czy traktujemy go jak równego so­bie partnera: „Jak się pan dziś czuje?”, czy jako pozbawiony głosu przedmiot: „Niech się rozbierze i niech pokaże, gdzie boli”. Częstokroć dobra inten­cja stojąca za konkretną wypowiedzią rozmija się z jej rzeczywistym odbio­rem. Tak się dzieje, kiedy lekarz, chcąc zmniejszyć dystans i zbudować poczu­cie wspólnoty z pacjentką, pyta chorą: „Jak się dziś czujemy?”. Chora, czując się potraktowana protekcjonalnie, od­powiada: „Nie wiem, jak pan doktor się czuje. Ja źle. No, ale ja jestem chora”.

Studenci mają też problem z tym, jak lekarz powinien zwracać się do pacjenta, którym jest ksiądz lub sio­stra zakonna: „proszę księdza”, „pro­szę siostry” czy „proszę pana”, „proszę pani”? Jestem zdania, żeby zachowywać obowiązujące zwyczaje. Oczywiście, jeśli przyjdzie ksiądz „w cywilu”, to le­karz nie ma obowiązku wiedzieć, że to ksiądz, i może mu mówić „proszę pana”. Ale jeżeli ksiądz przyjdzie w koloratce albo siostra zakonna w habicie, a le­karz ostentacyjnie powie „proszę pana”, „proszę pani”, to może to być przez nich odebrane jako brak szacunku lub mani­festacja odmiennego systemu wartości. To z kolei może zrodzić pytanie, czy taki lekarz zajmie się mną z należytą starannością. Znam przykład, że lekarz, gdy zorientował się, że ma przed sobą redemptorystę, odesłał go do swego kolegi, tłumacząc: „Oszołomów z Ra­dia Maryja nie leczę”. Takie sytuacje wprawdzie rzadko, ale się zdarzają.

– Ksiądz Profesor uczy studentów medy­cyny – przyszłych lekarzy, jak rozmawiać z pacjentami. Czy są jakieś wskazówki, które mogłyby pomóc pacjentom podczas rozmowy z lekarzem?

– Jest kilka spraw, o których pa­cjent powinien pamiętać. Na pewno jedną z nich jest uświadomienie sobie roli, w jakiej występuje – że jest chory i potrzebuje pomocy specjalisty. Nie powinien zatem popisywać się swoją wiedzą na temat choroby i sposobów jej leczenia, którą uzyskał z Internetu. Następną sprawą jest zaufanie – pacjent powinien darzyć lekarza zaufaniem, bez tego nie można mówić o udanej tera­pii. Powinien też szczerze opowiedzieć lekarzowi o swojej chorobie, niczego nie ukrywając. Tylko wtedy możliwe są trafna diagnoza i skuteczne leczenie. Na koniec pacjent, jeżeli czegoś nie wie lub nie rozumie, powinien poprosić le­karza o wyjaśnienie. Jeśli tego nie zrobi, pozostanie z wątpliwościami, a te nie pomagają w wychodzeniu z choroby.

– Zdarza się, że lekarz traktuje pacjenta jak kolegę po fachu, posługując się w roz­mowie z nim pojęciami ściśle medycznymi. Pacjent wychodzi z gabinetu i zastanawia się, o czym lekarz do niego mówił, bo nic z tej rozmowy nie zrozumiał.

– Tak, dlatego mówię: pytać, do­pytywać, prosić o przetłumaczenie na język zrozumiały. Jestem profesorem, ale nie wstydzę się pytać. Czasem usłyszę zdziwienie: „To pan nie wie?”. Odpowia­dam, że nie wiem, bardzo przepraszam, ale nie muszę tego wiedzieć. Trzeba mieć odwagę pytać, bo potem odpo­wiedzi szuka się w internecie, a to nie jest akurat dobry doradca.

– O czym w takim razie powinien pamiętać lekarz, rozmawiając z pacjentem?

– Byłoby dużym nietaktem z mo­jej strony, gdybym pouczał lekarzy, jak mają rozmawiać z pacjentami. Jestem przekonany, że na ogół znają oni zasady międzyludzkiej komunikacji. Można się o tym przekonać w prywatnym gabine­cie. Tam właśnie lekarz na powitanie wstaje z fotela, podaje nam rękę i prosi o zajęcie miejsca. Potem, aby nas oswo­ić, zadaje pytanie natury ogólnej, np. czy nie mieliśmy problemów z dojazdem. Następnie daje czas na przedstawienie własnego problemu i zadaje kilka pytań. Po zebraniu potrzebnych informacji sta­wia diagnozę i proponuje sposób lecze­nia. Na zakończenie pyta, czy wszystko zrozumieliśmy i czy mamy jeszcze jakieś wątpliwości. Po wyjaśnieniu wszystkie­go na pożegnanie wstaje, podaje nam rękę i odprowadza do drzwi. Po tygo­dniu zadzwoni i zapyta o stan naszego zdrowia i o to, czy stosujemy się do jego zaleceń. Modelowa sytuacja. Nic dodać, nic ująć.

– Tak jest w prywatnym gabinecie. Ale inaczej dzieje się, gdy idziemy do lekarza w ramach NFZ.

– Zdarza się, że tam też jesteśmy traktowani podobnie. Ale to raczej rzad­kość. Częściej bywa tak, że na takiej wizycie nie czujemy się jak ludzie, lecz jak rzeczy. Wizyta trwa krótko: co boli, jakie objawy, recepta, zastosowanie na kartce, do widzenia – i po wszystkim. Myślę, że takie podejście jest spowo­dowane m.in. dużą liczbą pacjentów przyjmowanych w stosunkowo krótkim czasie, niskim wynagrodzeniem, dyżu­rem w kolejnym gabinecie, zmęczeniem oraz rutyną, która „zabija” jakąkolwiek empatię.

– To w gabinetach lekarskich lekarze najczęściej przekazują chorym prawdę o stanie zdrowia i sposobach leczenia...

– Czyli przekazują im tzw. prawdę kliniczną. Rozumie się przez nią po­wiązanie wiedzy na temat faktycznego stanu chorego z sensem działania tera­peutycznego, którym jest wyleczenie lub polepszenie stanu zdrowia albo pomoc w ostatnich dniach życia. Tak rozumiana prawda ma wartość infor­macyjną, ponieważ zawiera dane na temat faktycznego stanu chorego i wa­lor formacyjny, gdyż jej przedmiotem jest stan, do którego zmierza, któremu służy i który chce osiągnąć. Prawda ta jednak nie jest prawdą absolutną, czyli nie dostarcza kompletnych informacji o stanie zdrowia i nie oferuje idealnych rozwiązań terapeutycznych. Tłumaczy się to ograniczonością ludzkiego pozna­nia i związaną z nią nieadekwatnością działań terapeutycznych.

– Czy lekarz może zataić przed chorym jego prawdziwy stan zdrowia, czy też ma obowiązek powiedzenia prawdy?

– Pacjent ma prawo do prawdy o stanie swego zdrowia, bo wynika to z praw osoby ludzkiej. Jeżeli poprosi lekarza o to, by powiedział mu całą prawdę, niczego nie ukrywając, wte­dy obowiązkiem lekarza jest prośbę tę spełnić. Natomiast w sytuacji, gdy chory nie domaga się tego, wtedy lekarz powi­nien przekazać tyle prawdy, ile uzna za stosowne. Jeżeli będzie przewidywał, że mówiąc prawdę zaszkodzi pacjentowi i utrudni jego terapię, to ma prawo ją ograniczyć. Powinien powiedzieć tyle, ile w danej chwili uważa za konieczne.

– Jaka w tej sytuacji jest rola rodziny? Czy rodzina też powinna znać całą prawdę o stanie zdrowia swego krewnego? Czy może się zdarzyć, że w niektórych sytu­acjach powinna wiedzieć więcej, niż on?

– Standardowo jest tak, że rodzina otrzymuje więcej informacji na temat stanu zdrowia chorego, niż on sam. Często bywa i tak, że ma ona dostęp do pełnej informacji. Może jednak zdarzyć się również, że ten dostęp będzie znacz­nie ograniczony. Dzieje się tak wtedy, gdy lekarz racjonalnie przewiduje, że rodzina otrzymaną informację przekaże choremu w sposób zafałszowany albo będzie próbować leczyć go metodami niekonwencjonalnymi.

– Jak w sposób właściwy poinformować pacjenta, że jego stan jest poważny?

– Zacznijmy od tego, że stan poważ­ny oznacza chorobę nieuleczal­ną niezagrażającą życiu lub też chorobę prowadzącą do śmier­ci. Rozmowa na ten temat nie jest łatwa. Dlatego specjaliści od komunikacji interpersonal­nej postulują, aby przeprowa­dzać ją według pewnych zasad. Na początku rezerwujemy na nią odpowiednią ilość czasu. Następnie staramy się zorientować, co chory wie na temat swojej choroby. Po tym wstępnym rozpoznaniu przystę­pujemy do stopniowego przekazania choremu prawdy o jego zdrowiu. Zanim jednak powiemy mu prawdę najważniej­szą, musimy się zorientować, czy jest on na nią przygotowany. Używamy do tego tak zwanego strzału ostrzegawczego, np. „Wydaje się, że choroba jest poważniej­sza, niż się spodziewaliśmy. Wyrazem tego mogą być nasilające się dolegliwo­ści, których pan doświadcza”. Jeśli chory powie: „Proszę mnie nie straszyć”, to znaczy, że nie jest on na przyjęcie tej prawdy przygotowany. Jeśli natomiast powie: „Te dolegliwości również mnie bardzo niepokoją”, to oznacza, że jest on na nią gotowy. Wtedy przekazujemy mu tę prawdę i zostawiamy go z nią sam na sam. Po jakimś czasie wraca­my do rozmowy i zapoznajemy chorego z przewidywanym przebiegiem choroby oraz sposobem terapii. Przy okazji za­pewniamy go, że jego cierpienia będą łagodzone i że może on liczyć na naszą pomoc i troskliwą opiekę.

– W sytuacji choroby prowadzącej do śmier­ci, pacjent, który się dowiaduje, że jest ona terminalna, może zapytać leka­rza: „Czy to koniec?”. Co lekarz wtedy powinien powiedzieć?

– Za tak postawionym pyta­niem kryje się strach przed sa­motnością w ostatnich chwilach życia i cierpieniem związanym z umieraniem. W odpowiedzi lekarz powinien zapewnić chorego o tym, że pozostanie przy nim do końca i zrobi wszystko, aby poprawić jakość jego życia w ostatnich chwilach. Może to wyrazić w następują­cy sposób: „Musimy być przygotowani na wszystko. Choroba postępuje. Nie możemy już leczyć przyczynowo, ale będziemy leczyć ból i dbać o pana”.

– Drugie pytanie, które często słyszą leka­rze czy pielęgniarki, dotyczy czasu: „Kiedy umrę? Jak długo jeszcze będę żył?”. Jak odpowiadać na te pytania?

– Czasami się zdarza, że lekarz odpo­wiada bardzo precyzyjnie: „Jeszcze pół roku życia pani zostało”. I rzeczywiście tak się dzieje. Ale tak nie wolno mówić. Jedyna prawidłowa odpowiedź to: „Nie wiem”. Można też ją nieco rozbudować: „Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Każdego z nas czeka to samo. Śmierć jest możliwością dalszą lub bliższą. W pani przypadku jest ona raczej bliższa, niż dalsza. Trzeba być na nią w każdej chwili przygotowanym”.

– Dlaczego?

– Lekarz wyrokujący o tym, że ko­muś zostało pół roku życia, popełnia nie tylko błąd psychologiczny (odbiera nadzieję), ale i rzeczowy. Nie chodzi na­wet o to, że zdarzają się niespodziewane wyzdrowienia, ale o fakt nieuzasadnio­nego narzucania pacjentowi rzekomej wyższości czasu kalendarzowego nad czasem rzeczywistym. Dla lekarza bo­wiem pół roku to subiektywnie niewiele, ale dla osoby śmiertelnie chorej może okazać się okresem bardzo długim.

Ponadto wyznaczanie kresu życia pacjenta może się okazać nieprawdzi­we. Indywidualne losy pacjentów nie muszą potwierdzać prawd statystycz­nych. Lekarstwo, którego nie ma w chwili obecnej, może pojawić się w niedale­kiej przyszłości i przedłużyć lub urato­wać czyjeś życie. I wreszcie, rozmowa o śmierci i o perspektywie leczenia to zupełnie różne rozmowy. Perspektywy leczenia należą do kompetencji lekarza. Długość życia natomiast zależy nie tyl­ko od prowadzonej terapii, lecz także od wielu innych czynników – zbiegów okoliczności, przypadków, indywidual­nych cech chorego. Dlatego na pytanie pacjenta: „Jak długo będę żył?” uczci­wy lekarz odpowiada: „Nie wiem”. Taka odpowiedź wymaga odwagi i skromno­ści. Pisze o tym Barbara Czerska: „Od­wagi – ponieważ to NIE WIEM dotyczy nie tylko życia pacjenta, lecz także życia lekarza. Wszak i ten ostatni jest osobą śmiertelną. Przy okazji odpowiadania na pytanie o długość życia trzeba sobie też własną śmiertelność uświadomić – to wymaga odwagi. A skromności wymaga uświadomienie sobie zawodności i nie­kompletności własnej wiedzy i ludzkiej wiedzy w ogóle”.

– Jechałam kiedyś busem z Katowic do Lublina. Za mną siedziała lekarka, która chyba przez godzinę rozmawiała przez telefon z pielęgniarką na swoim oddzia­le i wypytywała ją z nazwiska o każdego pacjenta: jak się czuje, jak minęła noc, czy podano mu nowy lek?… Byłam szczerze zaskoczona, że tak można interesować się swoimi pacjentami.

– Jest to lekarka z powołania. Takich lekarzy mamy w Polsce dużo. Mogłoby być ich jeszcze więcej, gdyby zmieniły się zasady rekrutacji na studia medyczne. Chodzi o to, by oprócz liczby punktów o przyjęciu decydowały predyspozycje psychiczne kandydata, weryfikowane przez komisję złożoną z lekarzy, psy­chologów i komunikologów. Wtedy na wydziały lekarskie i pielęgniarskie dostałyby się osoby nie tylko zdolne, lecz także predysponowane do wyko­nywania tych trudnych zawodów. Na­tomiast pozostali kandydaci z wysoką liczbą punktów mogliby być kierowani na ścieżkę naukowo-badawczą, co by­łoby korzystne dla nich samych i dla rozwoju nauk medycznych.

– Księże Profesorze, w kontekście komuni­kacji lekarza z pacjentem jeszcze o jedno chcę zapytać. Kiedyś na łóżku każdego chorego w szpitalu wisiała kartka z imie­niem, nazwiskiem, zapisem pomiaru tem­peratury i jeszcze paroma innymi informa­cjami. Dzisiaj mamy tak mocną ochronę danych osobowych, że zrezygnowano z tego, a chorych zamiast nazwiskiem opisuje się numerem sali i łóżka lub jed­nostką chorobową. Jak Ksiądz Profesor zapatruje się na taką praktykę?

– Jest to problem. Nie jestem pewien, czy zawsze chcemy, żeby nas wołano po nazwisku… Gdy jestem w kolejce do lekarza, wychodzi pielęgniarka i woła: „Pan Przyczyna!”. Czy wszyscy muszą wiedzieć, kim jestem i do jakiego lekarza przyszedłem? Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w szpitalu. Pacjenci przeby­wający w jednej sali dobrze się znają, wiedzą o sobie prawie wszystko – kim są, skąd pochodzą, czym się zajmują, na co chorują. Robienie z tego tajemnicy jest, według mnie, rzeczą niezrozumiałą i niepotrzebną.

– Mówimy głównie o lekarzach, ale jak w tym wszystkim powinna odnaleźć się pielęgniarka? Czy pielęgniarka powinna tylko spełniać polecenia lekarza?

– Pielęgniarki są dzisiaj na wagę złota. Brakuje ich w szpitalach, przy­chodniach i innych ośrodkach zdrowia. Powoli wszyscy zaczynają to odczuwać. A one przecież wykonują ważne zada­nia i spełniają odpowiedzialne funkcje. Ich podstawowym zadaniem jest spra­wowanie opieki nad pacjentami. Cho­dzi o opiekę pielęgnacyjną, leczniczą, rehabilitacyjną i diagnostyczną. Nie­rzadko też wykonują zadania przypisane lekarzom. Potrafią łączyć w sobie, wyda­wać by się mogło, sprawy niepołączalne. Z jednej strony, oczekuje się od nich, by były miłe, ciepłe, empatyczne, kierujące się w pracy dobrem pacjenta, z drugiej zaś mają być stanowcze, zdecydowane i w pewnym stopniu odporne na ludzkie cierpienie. Na ogół mówi się o nich, że są dobrym duchem szpitala lub przy­chodni. Pacjenci nazywają je siostrami. W tym słowie wyrażają potrzebę bli­skości i bezpieczeństwa. Może więc nie warto z tego rezygnować i wprowadzać dystans zawarty w zwrocie „pani”.

– Na koniec chciałam zapytać, co w roz­mowie z lekarzem pacjenci cenią sobie najbardziej?

– Z badań wynika, że rzeczowość – 39% („Konkretnie powiedział, jak on to widzi, i pytał, czy się zgadzam”), a w drugiej kolejności życzliwość – 25% („Psychicznie mnie nastawił, żebym się nie załamywała, że to jest do uleczenia”).

– A czego pacjenci najbardziej nie akceptują?

– 16% badanych nie akceptuje po­śpiechu („Irytował się, gdy poprosiłem o szczegółowe informacje”), natomiast 11% – obojętności („Nie słuchał i w ogóle nie reagował”).

– Wiele to mówi. Bardzo dziękuję za rozmowę.


Zobacz całą zawartość numeru ►

Autorzy tekstów, S. Aleksandra, Miesięcznik, Numer archiwalny, 2018nr04, Z cyklu:, W cztery oczy

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
25 26 27 28 29 30 1
2 4 5 6 7 8
9 11 12 13 15
16 18 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5
Dzisiaj: 13.12.2018