Pochwyciła mnie miłość

Siostra dr hab. Teresa Paszkowska, prof. KUL-u, opowiada o odkrywaniu powołania, o spełnionych pragnieniach i o chorobie, która wprowadziła ją do nowej rodziny.

zdjęcie: Archiwum prywatne

ks. Wojciech Bartoszek

ks. Wojciech Bartoszek: Na początku bardzo dziękują Siostrze Profesor za możliwość tej rozmowy. Siostra, a jednak bez habitu. Proszę w kilku słowach opowiedzieć Czytelnikom „Apostolstwa Chorych" o wielkiej duchowości bezhabitowych osób konsekrowanych.

s. prof. Teresa Paszkowska: – Życie konsekrowane bez habitu nie jest dzisiaj jakąś nowością, w związku z pojawieniem się instytutów świeckich w Kościele, zwłaszcza w okresie posoborowym. Życie zakonne bez habitu było natomiast nowością w Polsce w XIX wieku, kiedy powstawały zgromadzenia „honorackie". Zakładał je Bł. Honorat Koźmiński - stąd nazwa. Niehabitowość tych zgromadzeń związana była z ówczesną sytuacją społeczną, zwłaszcza w zaborze rosyjskim. Władze cesarskie zakazały publicznego pojawiania się w habicie oraz propagowania tej formy zakonności, która wiąże się z klasztorem, habitem i wspólnotowością. Ojciec Honorat - kapucyn, ofiarnie posługując w konfesjonale, spotykał osoby potrzebujące wskazania, w jaki sposób żyć Ewangelią. Rozpoznając u wielu osób powołanie do życia zakonnego, pragnął zachować je dla kraju, uchronić przed emigracją. Rozeznając u penitentów takie powołania, sugerował im podjęcie życia zakonnego w ukryciu, nawet w ukryciu przed własną rodziną.
Z czasem wypracował dla nich teologię ukrycia ewangelicznego, odpowiednie  sposoby formacji do takiego życia, napisał konstytucje i modlitewniki.

Ojciec Honorat Koźmiński, beatyfikowany przez Jana Pawła II w 1988 roku, założył wiele wspólnot zakonnych.
– Tak. Ja należę do Zgromadzenia Służek NMP Niepokalanej, najliczniejszego z honorackich zgromadzeń istniejących obecnie w Kościele. Błogosławiony Honorat jest założycielem ponad 20 rodzin zakonnych, w tym 3 habitowych: felicjanek, serafitek i kapucynek. Założył także zgromadzenia męskie niehabitowe, spośród których do dzisiaj istnieją bracia doloryści, pozostałe zgromadzenia wygasły w sensie osobowym. Aktualnie istnieje 14 niehabito-wych wspólnot zakonnych, którym początek dał Ojciec Honorat.

– Spotykamy się na sympozjum dotyczącym stowarzyszeń działających w Kościele w Polsce. Między innymi podczas tego spotkania będzie poruszana tematyka apostolstwa chorych. Czy ta duchowa droga jest Siostrze bliska?
– Apostolstwo Chorych jako hasło wywoławcze było dla mnie rzeczywistością bliską w sensie kontaktu ze światem medycznym, który towarzyszy chorym. Przez 11 lat katechizowałam w Zespole Szkół Medycznych. To był czas formowania osób do towarzyszenia chorym i rozeznawania ich wrażliwości na człowieka chorego. Stąd, pojęcie „apostolstwo chorych” w tamtym okresie bardziej odnosiłam do służby zdrowia jako takiej, przygotowując osoby do posługi chorym. Rozumiałam apostolstwo chorych bardziej jako opiekę i towarzyszenie osobowe, niż jedynie czysto medyczną obsługę pacjentów. Ten pierwszy etap moich doświadczeń, w jakiejś odległej perspektywie, wiązał się z młodzieńczym pragnieniem bycia pielęgniarką. To pragnienie nie zostało spełnione, bo zweryfikowało je moje powołanie zakonne i decyzje przełożo-nych. Jednakże, jakiś wymiar tego pragnienia wypełnił się w mojej pracy z pielęgniarkami, położnymi i ratownikami medycznymi, właśnie podczas katechezy.

– Czyli Siostra jako katechetka formowała przyszłych pracowników służby zdrowia.
– Tak. Wtedy była to jeszcze „służba zdrowia”, dzisiaj niestety mówi się już tylko o „usługach medycznych”, a nie o służbie człowiekowi. Stąd tych, którzy posługują chorym trzeba postrzegać nieco inaczej, choć wielu z nich zostało uformowanych w innych czasach i widzenie swojej pracy przez pryzmat „powołania” nie jest im obojętne.

– Siostra jako osoba konsekrowana formuje siostry – pielęgniarki. Chyba można doszukiwać się tutaj jakichś analogii.
– Myślę, że jakaś jedność istnieje nie tylko w samym nazewnictwie. We wszystkich społeczeństwach na świecie, osoba opiekująca się chorymi bywa nazywana spontanicznie „siostrą”. Człowiek w chorobie potrzebuje kogoś bliskiego – brata, siostry – w znaczeniu najbardziej podstawowym, egzystencjalnym. Myślę, że pielęgniarki i pielęgniarze, którzy pojawili się w społeczeństwie świeckim, muszą być kojarzeni z tymi pierwszymi chrześcijanami, którzy na wzór Chrystusa dotykającego chorych, chcieli bratersko usłużyć innym. Zgromadzenia zakonne podjęły tę formę towarzyszenia chorym w szpitalach czy innej zorganizowanej formie pomocy środowiskowej. W duchowości służby medycznej można by zdecdowanie wyraźniej podkreślać i rozwijać ten siostrzany i braterski charakter.

– Oprócz drogi opieki, pomocy chorym, przychodzi taki czas, kiedy człowiek zaczyna sam chorować…
– Ten etap nastąpił w moim życiu po przekroczeniu lat 50. Myślę, że Bóg, do którego należymy od chrztu, od włączenia w Kościół, ma prawo wyprowadzać nas z tych sytuacji, do których przywykliśmy w różnym okresie życia. Jeśli Abrahama wyprowadził w wieku lat 75 z dotychczasowej rutyny życia, to również nas w różnym wieku i okolicznościach wyprowadza np. w sytuację cierpienia, niepewności. Zaprasza na drogę nie zawsze chcianą, jednak na niej chce dokonywać dla nas wielkich rzeczy.

– Czy jest możliwe zaakceptowanie cierpienia?
– Słowo „akceptacja” sugeruje, że jesteśmy przymuszeni do czegoś i próbujemy ten przymus za wszelką cenę zaakceptować. Osobiście nie odbieram cierpienia, którego doświadczam w formie choroby, jako sytuacji przymusu. Sądzę, że choroba w naszym życiu pojawia się często jako coś, co przewidujemy, czego się niejako spodziewamy i co jest pożyteczne. W moim przypadku choroba nie była czymś wprost przewidzianym, ale w momencie, kiedy się pojawiła, nie była też wielkim zaskoczeniem. Nosiłam w moim duchu jakieś nastawienie, by niedługo – mówiąc słowami Świętego Pawła – „odejść i być z Chrystusem”. To znaczy, chciałam już odpocząć od tego aktywnego, zapracowanego życia. Kiedy pojawiły się symptomy choroby, bez niepokoju zaczęłam je odczytywać jako Boży sposób na to „przejście”, na urzeczywistnienie pragnienia, które w modlitwie i uczuciach było jakoś przed Bogiem artykułowane. Dlatego świadomość choroby była związana nie z lękiem, ale raczej z poczuciem ulgi, że Pan wysłuchuje i na swój sposób przygotowuje moje przejście. Szczerze mówiąc, w ogóle nie zamierzałam korzystać z pomocy medycznej. Dopiero ktoś mocno ze mną zaprzyjaźniony przymusił mnie do tego, gdy spontanicznie ujawniłam, że jestem bardzo poważnie chora. Przez wzgląd na jego przyjazne słowa: „zrób to dla mnie, pójdź do lekarza”, pozwoliłam się zdiagnozować. Od tego momentu pochwyciły mnie już ręce świata medycznego, nie wypuszczając do dnia dzisiejszego z procesu leczenia. W tym sensie zostałam pochwycona przez miłość i przyjaźń, która mnie ocaliła od śmierci. A także pochwycona przez świat medyczny wspomagający mnie odtąd w sytuacji, która przed dwoma laty została rozpoznana jako złośliwy nowotwór ze stanem zapalnym, w stadium ostatecznym.

– Czyli leczenie i wiara…
– Od momentu, gdy rozpoczął się proces leczenia, mnóstwo osób towarzyszy mi modlitwą. Między marcem a czerwcem 2010 roku, tzn. do czasu operacji – z tego, co mi uświadomiono – zostało ofiarowanych w mojej intencji ponad 100 Mszy Świętych, kilkanaście nowenn skierowanych do Chrystusa, Matki Bożej oraz świętych, w różnych miejscach i czasie. Nie mogę więc wskazać na jednego tylko pośrednika czy orędownika w mojej sytuacji. Korzystam z towarzyszenia wielu osób życzliwych na tym świecie, jak również z pomocy tych, którzy są już w szczęśliwości wiecznej. Ten okres trudno mi nazwać po prostu okresem cierpienia. Sytuację choroby przeżywam jako czas ogromnej łaski, sowitego obdarowania. Niezależnie od stwierdzeń medycznych i klasyfikacji medycznej tego przypadku, był to bardziej czas radości i odbierania darów niż odczucia wielkiego bólu czy utrapienia. Jedynym utrapieniem w chorobie nowotworowej, bardzo dotkliwym, była dla mnie chemioterapia. Każdy kto był tej metodzie leczenia poddany, tak to odbiera. W moim wypadku była ona ogromnie intensywna, podwojona, długotrwała. Kosztuje ona pacjenta wiele od strony organicznej czy psychicznej, ale to nie oznacza, że duch jednocześnie nie doświadcza wielkiej pomocy i spokoju. Mogę tylko wyrazić moją ogromną wdzięczność osobom, które mi towarzyszą duchowo. To był czas, kiedy uświadomiłam sobie, że będąc osobą niezamężną – która ponad 30 lat temu wyszła z domu rodzinnego, dla Chrystusa opuszczając wszystko i wszystkich – doświadczam, że na mojej drodze nie jestem sama. Pan według obietnicy dał mi „stokroć więcej” osób bliskich niż można znaleźć w założonej rodzinie. Tego faktu często sobie nie uświadamiamy, taka świadomość pojawia się dopiero w dramatycznych okolicznościach i momentach. I za to obdarowanie, zarówno ludziom jak Chrystusowi, jestem bardzo wdzięczna. Spełniają się słowa Ewangelii, że nie tylko życie wieczne daje powołanym Pan.

– Jesteśmy niezmiernie wdzięczni za to świadectwo wiary. Przyjmujemy ten dar Siostry i pragniemy otoczyć Siostrę naszą modlitwą.
– Bardzo dziękuję za takie zapewnienie. Do każdego z Czytelników, Redaktorów i Twórców tego pisma mówię: kochany bracie, kochana siostro, bądźcie też ze mną, a ja duchem jestem z wami. Nie tylko od tej chwili, ale od dawna odczuwając „świat chorych” jako mój świat. Teraz zostałam weń głębiej wprowadzona. Także od osób cierpiących otrzymałam w tym okresie bardzo wiele, będąc razem na onkologii w kolejkach do lekarzy i różnych zabiegów. To jest moja nowa rodzina, w którą weszłam. Rodzina, z której się cieszę.

Miesięcznik, Numer archiwalny, W cztery oczy, 2012-nr-09

Kim jesteśmy?

Rozważania różańcowe

N P W Ś C P S
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17
21 22 23 24 25 26
28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
Dzisiaj: 16.01.2019